Hei hei!
Naprawdę mimo, że to dopiero trzeci post, zaczyna mnie to coraz bardziej bawić. Chce mi się siąść przed komputerem i napisać posta. Dobrze jest czasem coś zmienić- np. witrynę bloga, jak sądzę. Chociaż nie ukrywam, że zablokowałam poprzedni z powodów tylko i wyłącznie "wybujałej moralności" {cytat z pamiętnika} ( Monia pamiętasz kiedy mi to powiedziałaś? :)) i nadmiernego przejmowania się ludźmi. Nie powiem, że nie jest mi szkoda, bo jest i to bardzo. Każdy blog, który tworzy się z sercem, zawsze pozostaje jego częścią. A kiedy jestem zmuszona go zostawić, to tak jakbym zabierała cząstkę siebie.
↑ Mela. Dzisiaj rano, moim starym zużytym Sonym, który nawet łapie głębi i bardzo mocnego makro. Ale pomimo tego niektóre zdjęcia wychodzą naprawdę magiczne, to na pewno należy do tych właśnie ujęć, a to chyba dowodzi, ze wystarczy dokładać serca do wszystkiego co się robi, a wtedy całe nasze życie edzie ze szczyptą magii...
↑ Mela. Dzisiaj rano, moim starym zużytym Sonym, który nawet łapie głębi i bardzo mocnego makro. Ale pomimo tego niektóre zdjęcia wychodzą naprawdę magiczne, to na pewno należy do tych właśnie ujęć, a to chyba dowodzi, ze wystarczy dokładać serca do wszystkiego co się robi, a wtedy całe nasze życie edzie ze szczyptą magii...
A tak w ogóle, to byłam dziś prawie cały dzień u babci, która ma taki gigantyczny basen... na podwórku. Rajskie okolice. Taras z różnymi małymi drzewkami w donicach i rodzynek wśród nich- rzucający się w oczy krzew z malutkimi, powoli dojrzewającymi pomidorkami koktajlowymi. Duży drewniany stół i plecione krzesła w stalowym kolorze, od których słońce odbija się tak pięknie, że tylko się przyglądać. A pośrodku tego- ja. Siedząca jak zwykle niezgodnie z przeznaczeniem fotela ogrodowego, z nogami przerzuconymi przez jeden metalowy podłokietnik i oparta o drugi z "Tam gdzie spadają anioły" Doroty Terakowskiej spoczywającymi na kolanach. Słońce prześwietla moje szatynowe kosmyki, którym udało się wydostać z niedbale skleconego koko- nie koka. Lekki wiaterek przesuwa po czole grzywkę, której postanowiłam się po długich naradach pozbyć, więc skrupulatnie ją zapuszczam i skutecznie utrudnia mi doczytanie się kolejnych to wyrazów. Mój upragniony świat oderwany od świata.
Ale moja słodka sielanka nie mogła trwać nazbyt długo, dzięki troskliwości mojej babci, która nie dając mi nawet dokończyć jednego rozdziału, sprowadziła "posiłki" w postaci sześcioletniej rozgadanej, złotowłosej istotki o promiennym uśmiechu i szeroko otwartych okrądlutkich oczkach w kolorze oliwek, z gdzieniegdzie powtykanymi źdźbłami o czysto trawiastym kolorze, która to absolutnie i niezwłocznie przyszła się pluskać w basenie. A na imię jej było Zuzia. Natomiast ja udręczona przez babcię musiałam kąpać się z nią. "Musiałam" już po kilku minutach przerodziło się w "chciałam", bo to dziecko urzekło mnie do reszty podobieństwem do książkowej Ewy.
Bawiłyśmy się doskonale. Tak jakbym na chwilkę, chwileczkę miała znowu pięć lat, łepetynkę blond rozczochranych strąków, metr wzrostu, mleczaki i szpary wewnątrz poobdzieranej od buszowania po drzewach buzi i jedyny problem w głowie: co tez dziś będzie na obiad?
Ale cóż, niestety nie dało się na zawsze pozostać Piotrusiem Panem i wyrwana z mojej żywej bajki, rozgoryczona tym, że nikt dorosły nie próbuje mnie nawet zrozumieć i tym, że moje zatoki nie dają mi taryfy ulgowej, skutecznie popsułam reszcie towarzystwa słoneczne popołudnie. Przynajmniej kakao było pyszne.
Wspominając o aniołach- "It's too cold outside, For angels to fly, Angels to fly" wersja piosenki "The A Team" (czy Pretty Little Liars-oholicy dotrzegają coś interesującego?) według ukochanej mojej Birdy ♥
"The worst things in life come free to us"
{mój nowy ulubiony cytat, a przynajmniej dnia dzisiejszego :)}
Bawiłyśmy się doskonale. Tak jakbym na chwilkę, chwileczkę miała znowu pięć lat, łepetynkę blond rozczochranych strąków, metr wzrostu, mleczaki i szpary wewnątrz poobdzieranej od buszowania po drzewach buzi i jedyny problem w głowie: co tez dziś będzie na obiad?
Ale cóż, niestety nie dało się na zawsze pozostać Piotrusiem Panem i wyrwana z mojej żywej bajki, rozgoryczona tym, że nikt dorosły nie próbuje mnie nawet zrozumieć i tym, że moje zatoki nie dają mi taryfy ulgowej, skutecznie popsułam reszcie towarzystwa słoneczne popołudnie. Przynajmniej kakao było pyszne.
Wspominając o aniołach- "It's too cold outside, For angels to fly, Angels to fly" wersja piosenki "The A Team" (czy Pretty Little Liars-oholicy dotrzegają coś interesującego?) według ukochanej mojej Birdy ♥
"The worst things in life come free to us"
{mój nowy ulubiony cytat, a przynajmniej dnia dzisiejszego :)}
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz